Od czasu wejścia na ekrany kin filmowanej trylogii Władca Pierścieni producenci gier komputerowych przynajmniej raz do roku wydają tytuł nawiązujący do Tolkienowskiej trylogii. Trafiają się pozycje niezłe jak np. The Lord of the Rings: The Third Age, ale trafiają się też mniej udane. Do tej drugiej kategorii niestety zalicza się Władca Pierścieni: Podbój. Dlaczego? Już wyjaśniam...
Istotą gry jest branie udziału w najważniejszych bitwach i dokonywanie w nich decydujących czynów. Do dyspozycji otrzymujemy szeregowych uczestników znanych nam z książek i filmów: wojownika, łucznika, maga oraz zwiadowcę.
Podczas gry nie zbieramy żadnego doświadczenia, ani nie rozwijamy umiejętności. W najważniejszych miejscach pojawia się pytanie czy chcemy wcielić w któregoś z bohaterów ( Gandalfa, Legolasa, Aragorna oraz Gimlia).
W praktyce rozczarowuje fakt, że bohaterowie nie różnią się niczym od standardowych magów, wojowników i łuczników etc.
- Legolas ma do dyspozycji takie same strzały jak każdy, łucznik;
- Aragorn walczy jak i inni wojownicy;
- Gandalf posiada cztery zaklęcia – takie same jak inni czarodzieje;
No cóż. Oczekiwaliśmy czegoś więcej, a to akurat można było dopracować.
Celem każdej misji jest przebijane się przez rzesze wrogów, dotarcie do określonego celu, czy też obrona danego miejsca.
Jeżeli ktoś oglądał film, rozpozna lokacje bez problemu (m.in Czeluście Morii, obronę Minas Tirith, czy też morderczą bitwę pod Czarnymi Wrotami). W drugiej misji walczymy z Sarumanem, w kolejnej z Balrogiem, a w finałowej bitwie rozprawiamy się z rzecznikiem Saurona.
Co trzeba policzyć na plus Podbojowi to wierne oddanie wszystkich postaci. Orki wyglądają dokładnie jak w filmie i tak samo dobrze odzwierciedleni są ludzie, potwory... Większym minusem będzie łatwość z jaką możemy zgładzić każdego przeciwnika. W naszych szeregach jest postać zwiadowcy. Ten rodzaj wojownika może stawać się niewidzialny i zabijać jednym ciosem w plecy. Dlatego też na polach bitwy, zamiast bawić się z królem Nazguli w pojedynek, wybieramy zwiadowcę, zachodzimy go od tyłu i oddajemy jeden cios - to wystarczy żeby od razu padł trupem, a to kompletnie nie współgra z książką:
Przepowiednia głosiła, że nie może go zabić żaden mężczyzna.
Mniejsza jednak o przepowiednie. Gorsze jest to, że wszyscy inni finałowi przeciwnicy także mogą zostać uśmierceni tym sposobem. Mechanika walki jest banalna. Niezbyt dobrze rozwiązano problem pokonywania wielkich bestii, troli, drzewców. W przypadku troli i drzewców wystarczy zajść ich za plecy, wcisnąć jeden przycisk i nasza postać siedzi już na barkach olbrzyma, a potem zadaje cios w krtań, który odbiera większość punktów życia wrogowi.
Możemy spokojnie zamknąć jedną kampanie po 3 h zabawy, a jeśli ktoś dobrze opanował klikanie, może cała grę, czyli 2 kampanie przejść przez po około 5h. Istnieje oczywiście tryb multiplayer pozwalający grać w nieskończoność, jednak nie wszyscy lubią tego typu rozrywkę.
Plusy:
+ Oprawa audiowizualna;
+ Możliwość grania po stronie Saurona;
+ Możliwość grania entem i trollem;
Minusy:
- Krótkość zabawy;
- Brak różnic między bohaterami, a zwykłymi wojownikami;
Podsumowując muszę stwierdzić, że Władca Pierścieni: Podbój rozczarowywuje! Gra mogła być hitem, jednak zamiast przeboju, stworzono mało skomplikowaną grę akcji, w której liczy się przede wszystkim szybkość klikania klawiszami myszki. Cóż mam nadzieje, że powstanie bardziej skomplikowana kontynuacja, gdyż pomimo tych wszystkich wad gra się w Podój całkiem przyjemnie. Jednak polecam go tylko miłośnikom Władcy Pierścienia, którzy chcą mieć każdy tytuł nawiązujący do dzieła J. R. R. Tolkiena.
Komentarze do tego artykułu ():
Możesz zrobić to również poprzez Facebooka.